ekran


Link 21.09.2006 :: 00:02 Komentuj (3)
Jedenaście godzin przed lądowaniem w Polsce

Dwudziestoletni bracia moi!
Dwudziestoletnie moje siostry!
Młodzi! Silni! Zdrowi!
Którzy czujecie w sobie krew czerwoną,
Gorącą, dumną, świeżą, pulsującą!
Którzy czujecie rozkosz rozprężenia
Muskułów twardych!
Którzy stąpacie po ogromnej kuli:
Po ziemi starej, mądrej i okrągłej!
Którzy czujecie rozkosz słowa: żyję!
Którym zalewa serca boskim szczęściem
Myśl o rozkosznej fizjologii Życia!
[...]



nadchodzę








Link 20.09.2006 :: 03:08 Komentuj (4)
Jedna z tych zupełnie zbędnych notek, które szkoda kasować jak się je już napisało

Za około sześć godzin po raz ostatni położę się spać w tym domu, w tym kraju. Wyśpię się, dopakuję bagaże, udam się z Aminem na koncert (przyznam - program niezbyt wysmakowany. Ale nie też jakiś niby zły. Najważniejsze jest to, że uslyszę CBSO na zywo, i to na ich własnym terenie), a niedługo potem pożegnam się z Birmingham. Nieco później -  z Anglią.

Choć nie brak mi spostrzeżeń i syntez dotyczących tego kraju, zachowam je na stosowniejsze okazje. Tymczasem, mając w pamięci zeszłoroczne doświadczenia z FAQ, zamieszczam FGA (frequently given answer)

Pytanie: (wpisz dowolne pytanie dotyczące mojego tu pobytu. Zwłaszcza pracy.)
Odpowiedź: Nie chce mi się o tym gadać.

Obejrzałem właśnie "Terminal" (Dobry film przed podróżą samolotem), a teraz chyba skuszę się na "Green Street Hooligans" (ten sam o którym pisałem w ostatniej styczniowej notce - to z kolei dobry film przed opuszczeniem Anglii).

A już w piątek tajemnicza, i przez to tym bardziej ekscytująca przygoda: sławna od pół wieku Jesień






Link 04.09.2006 :: 08:00 Komentuj (0)
Słowik to, a nie skowronek się zrywa...
...a jednak skowronek


Kiedy kończę ten tekst wybija siódma czasu lokalnego, a więc w Polszcze ósma, i budzą się ostatni spanikowani (alternatywnie - skacowani) licealiści (licealistki pomijam z powodu uwypuklonego w puencie poprzedniej notki, a nowsze modele – gimnazjalitów etc. pomijam, bo sa calkowicie poza moimi mocami poznawczymi) no więc budzą się, nie mogąc uwierzyć że słońce postanowiło w ten poniedzialek jednak złośliwie wstać. Słyszę już od pewnego czasu skowronki, które przez ostatnie dwa bezrobotne tygodnie zwiastowały że pora do łóżka bo jeśli nie wstanę przed piętnastą to nie uda mi się kupić nic świeżego do jedzenia. Dziś jednak mam zamiar dokonać paru outdoor-activities, w związku z czym, tym razem skowronki radośnie oznajmiaja nieprzespaną noc. Co ciekawe, pierwszą nieprzespaną noc od pamiętnego finału sesji...zimowej (sic!). Tym sposobem pobiłem chyba życiowy rekord ilości przespanych z rzędu nocy (licząc że przespana noc to taka, podczas której zasnę w pozycji horyzontalnej na dowolnie ktrótki czas). Jak komuś się chce za mnie policzyć to proszę mnie poinformować.

Kiedy licealiści (nawias j.w.) będą słuchali porywających przemówień swoich dyrektorów, ja będę właśnie dojeżdżał do biura agencji dla której “pracuję”. Będę dojeżdżał i kończył układać sobie w głowie kompilację ekstatycznych pretensji pod adresem Chrisa (menedżera na którego telefon czekałem przez ostatnie dwa tygodnie) pełną takich wyrazów jak deliberately, humiliate, a może nawet w przypływie emocji pozwolę sobie na jakieś desperately. Kiedy jednak już tam dotrę, Chris obezwładni mnie swoim sympatycznym uśmiechem (nie bez powodu jest guru w swoim oddziale) i za pomocą jakiejś magicznej erystyki rodem ze szkoleń human resources management sprawi że przeczekam ostatnie dwa tygodnie bezrobocia z podobnym optymizmem jak minione dwa.


Skasowałem też jedną notkę dotyczącą wyłącznie pracy. Najprostszym wyjaśnieniem dlaczego to zrobiłem, będą słowa Freddy'ego - mojego zambijskiego współlokatora z przed roku "W Angli są trzy 'w' co do których można być pewnym tylko tego, że są całkowicie niepewne: weather, women, work". Dodam od siebie że nie warto pisać o żadnej z trzech wymienionych rzeczy. O ile więc nie trafi mi się coś naprawdę niespotykanego - nie będę pisał o pracy - niezaleznie od tego czy, i ile jej jeszcze dostanę. Tak samo zresztą, jak nie będę pisał o tutejszej pożal się boże pogodzie, ani takichże tutejszych kobietach.

Niech moją lumpen-pracowniczą karierę tego lata podsumuje
skecz
monyty pythona, dobrze odzwieciedlający spustoszenie moralne, jakiego dokonał we mnie galopujący kapitalizm.





Link 02.09.2006 :: 04:13 Komentuj (1)

       2 IX

 

    Piątkowy wieczór w połowie września. Kompleks usługowy przy węźle autostradowym. Dochodzi jedenasta. Do bufetu-świetlicy, wchodzi T.– nieogolony młodzieniec, na oko dwadzieścia lat. Ma na plecach grubą, żarówiastą kurtkę roboczą. Do małego plecaka przytroczony jest śpiwór. Spod niebieskiej czapki z daszkiem wystają włosy nie strzyżone od kilkunastu tygodni. Przez chwilę wypytuje o coś nielicznych ludzi wychodzących na parking, wszyscy przepraszająco kręcą głowami. Rozgląda się po bufecie. Jest to właściwie hala wielkości dużej sali gimnastycznej; Nie licząc obsługi, w całym budynku jest mniej niż pięć osób. Siada przy stoliku, wyciąga termos i kanapki. Ciepło powoli rozlewa się po ciele. Wszystko wokół jest równomiernie oblepione mdłym, szpitalnym światłem, w którym czas zdaje się złośliwie ślimaczyć, a ludzie zastygać w bezwolnym oczekiwaniu na śmierć, niczym owady złapane w sieć pająka.

    'Do you mind if I take a seat?' Człowiek, który zadał pytanie, z irlandzkim, choć o dziwo zupełnie zrozumiałym akcentem, jest cały pokryty tatuażami. Nie. Jest cały pokryty jednobarwnymi, nierównymi napisami wytatuowanymi w warunkach, których lepiej sobie nie wyobrażać, przez ludzi których zapewne nie chcielibyśmy poznać. Do tego kolczyki – w uszach, nosie, brwi, kto wie, gdzie jeszcze. Wiek – trudno powiedzieć – pięćdziesiąt, plus-minus dziesięć lat. Uzębienie, przy odrobinie optymizmu, możnaby określić jako niepełne. Ubrania z najniższej półki cenowej. 'No, of course. Seat down, please.' Choć ta odpowiedź wpasowuje się w obowiązujący tutaj kanon nieadekwatnej grzeczności, T. naprawdę cieszy się na myśl o rozmowie – przez ostatnich parę godzin mówił, szeptał i krzyczał wyłącznie do siebie.

    Człowiek przedstawia się jako I. Po wymianie paru zdań, na chwilę wstaje, i ze stolika, który właśnie opuścili ostatni klienci bufetu, przynosi napoczęte ciastko czekoladowe, które natychmiast zawija w papier i chowa do ogromnego plecaka. Wygląda na to, że ma w nim wszystko co jest mu potrzebne do przetrwania. Okazuje się że również podróżuje. Nie. On jest podróżnikiem. Przemierzył świat. Na potwierdzenie wyciąga z plecaka gruby, wełniany sweter uszyty specjalnie dla niego w Ekwadorze. I. przemierzył świat. Czterdzieści lat na trasie. Czterdzieści lat autostopowania.

– Nie masz żadnego...stałego miejsca...? – T. próbuje wyobrazić sobie czterdzieści lat spania w śpiworze. – miejsca, które zawsze będzie na ciebie czekać?

– Miejsce, które zawsze będzie na mnie czekać...– Na zniszczonej twarzy daje się spostrzec ukłucie uśmiechu – jest w niebie.

    Zapada cisza. Sączą herbatę z termosu, jedzą kanapki – gąbczasty chleb tostowy bez smaku posmarowany kremem czekoladowym.

– Opowiedz mi – milczenie przerywa I. – opowiedz mi o najpiękniejszej rzeczy, która przytrafiła ci się w życiu.

– Daj mi chwilę pomyśleć. – T. Jest zaskoczony. Nikt nigdy nie zadał mu tego pytania. Pytania które później on sam będzie zadawał innym, gdy ci będą dość pijani żeby zdobyć się na odpowiedź.
T. nie jest pijany.
– Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć...Nic nie przychodzi mi do głowy...

    I. odczekuje dłuższą chwilę, w końcu proponuje:
–A Chcesz zobaczyć najpiękniejszą rzecz jaka przytrafiła się mnie? – T. przytakuje. Ożywiony przysuwa się do stolika. I. kładzie na nim starą prostokątną puszkę, z której powoli wyciąga swój skarb. Jest to różaniec.

–Dotknij. Potrzymaj.

    Zanim T. zdąży o cokolwiek zapytać, I. wstaje i gdzieś znika.

    Koraliki to oszlifowane kawałki turkusowego kamienia. Najpewniej amazonit. Są zaskakująco przyjemne w dotyku. T. waży różaniec w dłoni, pozwala paciorkom prześlizgiwać się pomiędzy palcami. Dopiero po chwili dociera do niego, że I. właśnie zostawił obcego człowieka na straży całego swojego dobytku, uprzednio osobiście wręczywszy mu, zdaje się, najcenniejszy posiadany przedmiot.

    Gdzie on poszedł? Po co? Czy to w ogóle dzieje się naprawdę? Dopiero teraz, gdy T. jest już bardzo zmęczony dopuszcza do siebie myśl, że właśnie spotkał anioła. Anioła, albo ducha. Oczywiście nie bierze tej myśli serio. I. nie jest żadnym stworzeniem nadprzyrodzonym, ciałem astralnym. Nie został przez nikogo zesłany. Nie przybył tu w żadnym celu. Jednak, gdyby kręcić film o tym, jak przecina się droga człowieka i anioła, albo człowieka i ducha – okoliczności spotkania naszej dwójki, tej wrześniowej nocy nie wymagałyby retuszu.

–Gdzie byłeś? – T. nie może pohamować ciekawości.

–Musiałem się wysikać.

 

 

***

 

 

    Gdy, niecały rok temu, Isaac spytał mnie o najpiękniejszą rzecz jaka mi się przytrafiła, nie znałem odpowiedzi tylko przez parę pierwszych sekund. Resztę czasu walczyłem ze sobą żeby zachować ją dla siebie. Nie trudno domyślić się że to ja zwyciężyłem. Walczyłem, bo z jednej strony chciałem być z nim szczery, a z drugiej, zależało mi żeby nie poruszać tematu który niezawodnie wyniknąłby z odpowiedzi. Wszystko, co Isaac mógłby powiedzieć na ten właśnie temat, usłyszałem już od innych. Walczyłem ze sobą, żeby nie wręczyć mu fotografii, która zawierała odpowiedź: Agnieszka.

Miłość.

    Gwoli jasności i chronologii: przytrafiła mi się ona równo pięć lat temu. Dlatego ta notka ukazuje się właśnie dziś. I z tej okazji właśnie przytaczam tą historię. Dane mi było cieszyć się nią przez prawie cztery lata. Gdy spotkałem Isaaca, bodaj 16 IX 2005, minęło już parę tygodni, od kiedy telefonicznie dowiedziałem się, że teraz kto inny będzie się nią cieszył. Podziękowano mi za współpracę. Kontraktu nie przedłużamy. Przykro nam ale znalazł się ktoś lepszy na to stanowisko. No offence.

    Ostatnio – ponad rok, od kiedy ostatni raz “cieszyłem się” Agnieszką – wreszcie polubiłem zasypiać samemu, wyłącznie dla siebie, ciesząc się własnym, doborowym towarzystwem. Osiągnąłem swoisty spokój ducha. Spłynął na mnie selektywny indyferentyzm. Gdyby więc przypadkiem wszystkie dziewczęta świata, wraz z całą swoją dziewczęcością, miały zamiar na zawsze zniknąć z trójwymiarowej rzeczywistości, uprzejmością z ich strony byłoby, gdyby zrobiły to właśnie teraz – kiedy zapomniałem o ich istnieniu.







Link 25.06.2006 :: 19:29 Komentuj (4)
Biuletyn informacyjny z inwazji na Babilon 2006

Poczatek niezly. Mieszkam na waleta u Piotrka w Sundial Court czyli w akademiku GSMD w samym sercu swiatowego centrum finansiery. Polacy jeszcze nie zaczeli sie zjezdzac.

Poki co poznalem kilkunastu co ciekawszych studentow i studentek z Japonii, Rumunii, Litwy, Estoni, Szwecji, Francji, Hiszpani, i USA. Anglicy sa chyba ostatnimi ktorzy tu powinni byc. Co wieczor jest ostra impreza na dziedzincu akademika, albo w klubie studenckim do ktorego wchodzi sie z dziedzinca. Upadek, degeneracja, konsumpcja, kopulacja. Za pare dni i mnie zaczna sie udzielac. Zmiana srodowiska dziala na mnie calkiem niezle.

Praca? Mialem wczoraj jednorazowego dżoba na czarno. Uslugiwalem na hinduskiej imprezie. 5£/h. 9,5h pracy. przerwa po 8h. Na Sundial bylismy o 5 rano.

Mam dostep do www i plikow MS office na komputerach uczelni. Na gg raczej nie bede sie pojawial, przynajmniej dopoki tu mieszkam.


over and out.




Link 19.06.2006 :: 00:11 Komentuj (4)
Nie ma takiego miasta - Londyn. Jest Lądek, Lądek Zdrój

No więc znikam. W czwartek ruszam oddać cześć babilonowi. Wszystko ustalone, nic załatwione. Kolejny raz niechętnie żegnam się z ojczyzną. Nie będzie mnie przez około trzy miesiące (chcę wrócić na Warszawską Jesień). Londyn, może Birmingham – czyli mój osobisty koszmar minionego lata.
Dostęp do sieci najpewniej będzie srodze ograniczony, zatem osłabnie moja komunikatorowość na korzyść epistolograficzności.

Nerwowe szacowanie kosztów, zbieranie potrzebnych przedmiotów i informacji, plany, strategie, oczekiwania, marzenia. Tych ostatnich sobie odmawiam i radzę to samo każdemu, kto pójdzie w moje ślady.

Ktoś mógłby pomyśleć, że jestem niespełna rozumu skoro tuż przed sezonem znikam z Trójmiasta, opuszczam osławione dziewczęta w letnich sukienkach i przenoszę się do kraju w którym pogoda jest wiecznie nijaka a kobiety są takiejż urody.
Otóż – zapewne ów ktoś miałby całkowitą rację.

Mój numer O2: 0770 76 76 008





Link 07.06.2006 :: 18:54 Komentuj (21)
zuo

No więc wrzuciłem sobie na luz. Podczas tej sesji sypiam dwa razy więcej niż podczas poprzedniej, pracuję trzy razy mniej, a umiem conajmniej tyle samo. Co nie znaczy że jest to jakaś szczególnie imponująca ilość.

Dziś idąc powoli korytarzem, na końcu którego mieści się sala 222 - w której odbyły się egzaminy z historii muzyki, konkretnie z Renesansu, na który moje przygotowanie było szczerze, mówiąc mierne - przyłapałem się na tym, że krocząc - liczę... do 107.

Pojutrze będzie z głowy. Ale co z tego? Na myśl o wakacjach wcale nie robi mi się milej. Nie znajduję w nich nic miłego, może poza tym że nie ma wtedy:

filozofi,
instrumentacji,
ćwiczeń harmonicznych,
kontrapunktu,
harmonii,
kształcenia słuchu,
chorału gregoriańskiego,
psychologii,
historii muzyki,
literatury muzycznej,
niemieckiego,
angielskiego,
chóru,
WueFu,
przysposobienia komputerowego (sic!),
fortepianu,
folkoru muzycznego,
ani czytania partytur.

To chyba za mało żeby było fajnie, prawda?





Link 04.05.2006 :: 16:17 Komentuj (3)
MĄDROŚĆ NA WIOSNĘ

Krytyka ascezy albo Życie jako Ars Amandi

Ty, przed którym, rzekomo, jeszcze całe życie,

Młody człowieku, o którym mówi się „ambitny”. Młody człowieku, który nasłuchał się narzekań starszych, że nie pracowali tyle ile mogli i ile powinni byli. Młody człowieku, przed którym zawsze stoi więcej pracy niż czasu, i który wobec tego każdą chwilę poświęconą na coś innego niż ową pracę – odczuwa jako zmarnowaną.

Uważaj żeby nie stać się jak ów rozpaczliwy kochanek, który tak bardzo pragnie zrobić tak zwane dobrze wybrance swojego serca (i innych organów), że kiedy przychodzi kolej aby to ona jemu uczyniła rzeczone dobrze, ten nie jest w stanie w pełni się tym radować gdyż jego spokój jest nieustannie zmącony irracjonalnym poczuciem winy, i w ten sposób – przez tą swoją niemożność – samą ukochaną unieszczęśliwia.
Uważaj aby nie stać się jak ten miłosny sługa, który tak badzo pranie dawać że oduczył się brać.

innymi słowy:

Stary, weź kurwa spójrz na swoje zjebane życie i daj se troche na luz.







Link 28.04.2006 :: 21:15 Komentuj (6)
Powrót

ja pierdole








Link 25.04.2006 :: 20:51 Komentuj (4)
another snapshot #2

Siedzimy pod Akademią i kontemplujemy budynek żółty. Budynki to jedna z niewielu rzeczy które mają tu wysoki standard. Budują nam tam teraz sporą salę koncertową. A w sumie odlewają ją z betonu. Na dachu jest siano [sic!]. Kiedy zrzucali owo siano wszystkie niedawne wydarzenia nabrały sensu - władze postanowiły zmienić profil. Z wiochy - na beton. Ale troche siana się ostało. Wreszczcie muzyka artystyczna trafi pod strzechę.

Ale nie o tym, nie o tym, nie o tym

no więc
siedzimy pod tą akademią...

Ja (przechylając i cofając głowę, niczym zdziwiony kot): Dziwne, ten odcinek między wieżyczkami stąd wydaje się taki wielki, a w środku okazuje się dość mały.
Maggiarra: Może mury są grube.
Eri: No.. przeciskamy się przecież przez te korytarze

(porusza się bokiem, jak w zatłoczej SKM'ce)

-przypraszm! przpaszm!

nastała chwila wesołości, a potem trzeba było z powrotem wcisnąć się do tego ciasnego klocka o grubych ścianach. Resztkami godności odsuwać w czasie upiwnicznienie poziomu.







po kolei

2006

styczeń

luty

marzec

kwiecień

maj

czerwiec

przerwa

wrzesień



Wyślij wiadomość